Moja historia
“Ważne jest być” to przesłanie, które narodziło się we mnie w wyniku moich doświadczeń. Uświadomiły mi one jak ważna jest obecność innych, ale przede wszystkim nasza własna obecność w naszym życiu. Dzieląc się z Tobą moją osobistą historią, w której nie brakowało trudnych momentów, chciałam pokazać, że kryzysy przez które przechodzimy w życiu mogą nas wzmocnić, jeśli tylko zaakceptujemy fakt, że to, co nas spotyka jest częścią naszego życia i naszej historii…
Pierwszy kryzys… Kiedyś musi przyjść...
To co pamiętam jako dziecko to fajny czas z rodzicami, mamę która zawsze była przy mnie, rodzinne wycieczki, zwiedzanie fajnych miejsc, wspólne spędzanie czasu. Potem dorastanie, raczej bez większego buntu, ale też nie byłam potulna – zdarzały mi się historie, o których jak teraz pomyślę jako matka nastolatka to aż mi ciarki przechodzą… 😉
Studia – czas nauki, wsparcie od rodziców i pierwsza miłość i wydawało mi się, że świat jest fajny… że życie mimo różnych drobnych przeciwności ogólnie jest beztroskie i bez większych problemów.
Jednak pewnego dnia mój bezpieczny świat runął. Diagnoza: nowotwór płuc u Mamy. Zmroziło mnie – pamiętam ten czas bardzo dobrze mimo, że minęło już wiele lat. Potem pamiętam leczenie i dużo wsparcia dla mamy. Musiałam być silna dla niej, dla siostry i dla siebie.
Jak teraz o tym myślę nawet nie pamiętam do końca co wtedy czułam – na pewno strach o mamę, o siebie, a także współczucie, że musi przez to przechodzić i że pod pewnymi względami jest w tym wszystkim sama. Tak naprawdę miała nas: mnie i siostrę, ale my byłyśmy jej dziećmi… chciała nas chronić. Już pamiętam! Ogromny żal – to czułam i przy tym bezradność.
Po dwóch latach trudnej choroby mama zmarła nagle – w domu. Pamiętam każdy detal tej sytuacji i to, że nie potrafiłam być z nią w tej ostatniej chwili… Zajęłam się dzwonieniem po karetkę pogotowia, szukaniem dokumentów… Ta sytuacja – jej choroba, leczenie, samotność, a potem śmierć była pierwszym poważnym kryzysem w moim życiu.
Strata bliskiej osoby jest bardzo trudnym przeżyciem i takim też było dla mnie… ale starałam się być silna, bo przecież “nie można pokazać słabości” – tak przynajmniej wtedy myślałam. Straciłam osobę, która kochała mnie bezwarunkowo…
Miłość to nie zawsze happy end...
Mijały miesiące, a ja byłam w związku z moją pierwszą miłością. Po 1,5 roku od śmierci Mamy wzięliśmy ślub. Teraz – z perspektywy czasu – nie wiem czy to był ślub z miłości czy chęć ucieczki z domu.. Po ślubie doczekaliśmy się wspaniałej, małej istotki – synka i właściwie rok po tym wydarzeniu nasza relacja z mężem zaczęła się psuć.
Różne sytuacje kryzysowe, które przeżywał wówczas mój mąż spowodowały, że zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka. A ja wiedziałam już, że takiego życia nie chcę – ani dla siebie, ani dla mojego syna.
Dałam mojemu mężowi ultimatum: albo rodzina i leczenie albo alkohol. Wtedy wyszedł i… nigdy nie wrócił. Niektórzy mówią, że rozwód jest porażką , ale wiem, że nigdy, nawet wiedząc jaki jest trud późniejszego, samotnego macierzyństwa, nie podjęłabym innej decyzji. Decyzja o rozstaniu bowiem nigdy nie jest łatwa, szczególnie jeżeli ludzie wokół Ciebie jej nie rozumieją i ich przekonania są inne od Twoich. W takiej sytuacji musisz zebrać dodatkową siłę na walkę o siebie.
Dzisiaj wiem, że nasze drogi musiały się rozejść, ale na pewno nie uważam, że wina jest tylko po jednej stronie. Każdy ponosi odpowiedzialność za relację. Być może moją było to, że chciałam kogoś ukształtować po swojemu, może to zamgliło prawdziwy obraz osoby. Teraz już tego nie odkryję, ale to doświadczenie nauczyło mnie jednego:
Albo akceptuję w moim życiu kogoś takiego, jakim jest… albo nie.
Samotne macierzyństwo
Była to dla mnie sytuacja trudna z dwóch powodów: po pierwsze – zostałam sama z małym dzieckiem, a po drugie była trudna dla mnie jako kobiety. Setki razy zadawałam sobie pytanie: co było nie tak, że mężczyzna, którego znałam i kochałam 15 lat wyszedł bez słowa i nigdy nie wrócił… Dlaczego nie walczył o rodzinę, o syna, o mnie… Z czasem jednak zrozumiałam, że alkoholizm jest ciężką chorobą. To, że on żałuje zobaczyłam w jego oczach dopiero wtedy, kiedy umierał. Odwiedziłam go w szpitalu dzień przed jego śmiercią. Wyglądał bardzo źle. Myślę, że każdy człowiek, który ma jeszcze szanse na leczenie powinien zobaczyć taki obraz. Zobaczyć co choroba alkoholowa robi z człowiekiem. A jednak chciałam go zobaczyć, pokazać mu zdjęcia Szymona, który wtedy miał już 7 lat, ale on patrzył obojętnie i gdy wychodziłam ze szpitala złapał mnie za rękę, a jego wzrok mówił: “Żałuję, przepraszam…” A może to ja chciałam w nim to zobaczyć? Odszedł następnego dnia. Ten czas od rozstania nie należał do najłatwiejszych.
Bycie rodzicem daje dużo satysfakcji i niezapomnianych chwil, ale samotne macierzyństwo to pewnie jeszcze więcej trudnych sytuacji, związanych z opieką, chorobami i gotowością 24h na dobę. I dodatkowo pojawia się tłumaczenie np. dlaczego na Dzień Taty do przedszkola nikt nie przyjdzie, kto zagra w piłkę czy też jedno z najtrudniejszych pytań dziecka rodziców po rozstaniu: Kiedy tata przyjdzie? Mówiłam wtedy: Zapytaj taty. Nie chciałam budować negatywnego wizerunku męża w oczach dziecka, ale też nie chciałam brać na siebie odpowiedzialności za jego nieobecność, którą sam wybrał.
Na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali, znalazłam Szymonowi męskie wzorce i na tamtą chwilę to musiało wystarczyć i… wystarczało. Natomiast zniknęłam ja dla siebie… Bardzo dużo pracowałam. Pracoholizm jest wspaniałą ucieczką. Teraz to wiem.
Życie jest takie nieprzewidywalne...
Po tych wydarzeniach trochę czasu zajęło mi złapanie równowagi, cały czas dużo pracowałam. I tak pewnego razu podczas podróży służbowej wykryłam u siebie guzka w piersi. Na początku jakoś nie zwróciłam na to uwagi, za miesiąc miałam badania kontrolne. Poszłam na te badania w dzień wylotu na wakacje. Leciałam z moim synem do Grecji. Na badaniu dowiedziałam się, że na 99% mam raka i powinnam wszystko odwołać i zgłosić się na dalszą diagnostykę. Ale wyszłam z gabinetu… i jednak poleciałam na te wakacje! Właściwie dlaczego miałabym nie polecieć? Może to miały być ostatnie wakacje z moim synem?
Choroba zmienia wiele w życiu człowieka. Targały mną różne emocje: złość, żal, strach, ból… Przeszłam przez cały “zestawik”, czyli operacja, chemioterapia, radioterapia, straciłam włosy, a potem je odzyskałam… Przez całą chorobę pracowałam – była to moja jedyna ucieczka przed lękiem i myślami: “co będzie?”. Każdego dnia jednak musiałam się na nowo pozbierać, przygotować i iść do pracy. I chociaż wiem, że na tamten czas to ratowało mnie mentalnie, pamiętałam słowa mojego onkologa, który na informację, że po trzech dniach po operacji chcę wracać do pracy powiedział: “Po co do pracy? Jest tyle fajnych rzeczy, które można robić!” To pytanie mnie zatrzymało… Właściwie jakie “fajne rzeczy? Ja mam tylko pracę…”
Tamten czas nauczył mnie dystansu i łapania innej perspektywy. Utkwiły mi też inne słowa mojego onkologa: “Pani choroba to pani historia…” Historia inna niż mają inni pacjenci onkologiczni. Szłam przez to wszystko z tą myślą że moja historia musi się skończyć dobrze… I tak dzisiaj jestem zdrowa, ale musiałam zaakceptować to, że ONA zawsze już będzie ze mną…
Ważne jest być!
Dziś myślę, że życie jest nieprzewidywalne i ciągle nas zaskakuje… Trzeba to zaakceptować, mieć otwartość na zmiany. Choroba, rozwód, śmierć… Te przeżycia wywołują wiele zmian w życiu. Zmieniają się ludzie wokół – nie wszyscy rozumieją, nie wszyscy chcą być, nie mają akceptacji lub zwyczajnie nie wiedzą jak pomóc… boją się… W najtrudniejszych momentach WAŻNE JEST BYĆ… Nasze otoczenie często traktuje temat pomocy zadaniowo: zakupy, porządki. opieka nad dzieckiem, ale… Ja z tym sobie radziłam! Ja potrzebowałam bycia (wiem, że ładniej brzmi “obecności”, ale ja wolę “bycie”) Co znaczy bycie z kimś w trudnych momentach? To wypicie herbaty, rozmowa… najprostsze rzeczy… ale wtedy rozumiałam i dziś rozumiem, że to nie jest łatwe.
Czego mnie nauczyły moje historie? Każda na pewno czegoś innego. Ale wszystkie miały jeden, wspólny mianownik. Ja jestem dla siebie najważniejsza. To przez co przeszłam nauczyło mnie dawki zdrowego egoizmu, który pozwala na myślenie o swoich potrzebach i emocjach – bez wyrzutów sumienia. Nauczyły mnie akceptować rzeczy, których nie mogę zmienić i cieszyć się z tego, co mam – tu i teraz. To nie oznacza, że nie mam marzeń, oczywiście że tak, ale nie uznaję, że dopiero ich realizacja uczyni ze mnie szczęśliwą kobietę. To również nie oznacza, że dzisiaj już nie mam innych kryzysów i czasu, w którym dopada mnie lęk i strach! To naturalna część życia każdego z nas, ale ja nauczyłam się z tym sobie radzić i pozwalać sobie na przeżywanie takich emocji.
Chciałabym zabrać Cię w Twoją nową drogę. Być może w moich historiach odnajdujesz siebie, a może zmagasz się w tej chwili z podobnymi problemami lub stoisz na rozdrożu. Jeśli jest Ci potrzebna druga para skrzydeł, aby wznieść się ponad to, co Cię blokuje i tworzyć na nowo swoją historię – jestem.
Wiem, jak Ważne jest Być!